Programy ograniczania picia czyli: czy możliwe jest picie kontrolowane?

Programy ograniczania picia czyli: czy możliwe jest picie kontrolowane?

Od kilku lat w naszym kraju – na Zachodzie już od dawna – w różnych poradniach i prywatnych ofertach terapeutycznych pojawiły się usługi pod nazwą Program Ograniczania Picia i Program Redukcji Szkód. Brzmi to i nowo i fajnie i ciekawie, ale chodzi przecież o nic innego, jak o stary problem, który brzmi niezwykle znajomo, a mianowicie – picie kontrolowane. Tzw. picie kontrolowane budzi wiele kontrowersji zarówno wśród trzeźwiejących alkoholików, jak i wśród terapeutów uzależnień. Powszechnie bowiem uważa się, że alkoholik nie ma możliwości powrotu do normalnego picia – cokolwiek to znaczy dla osoby uzależnionej. Dzieje się tak dlatego, że kontrola nad wypijanym alkoholem, to podstawowa bolączka ludzi nadużywających alkoholu. Zresztą, nie dotyczy to tylko osób nadużywających alkoholu. Z tym problemem zmagają się osoby eksperymentujące z innymi substancjami psychoaktywnymi, hazardziści, osoby objadające się, nadmiernie korzystające z komputera, gier komputerowych, Internetu, pornografii itd., można by tak wymieniać bez końca. Tymczasem ja w tym artykule skupię się na tzw. piciu kontrolowanym, aczkolwiek można to odnieść do innych zaburzeń używania różnych substancji i zachowań.

Trzeba by w tym momencie wrócić do historii tego, co dzisiaj potocznie zwiemy alkoholizmem. Otóż, alkoholizm to dzisiaj termin bardziej potoczny niż medyczny, opisujący raczej ogół zjawisk związanych z nadużywaniem alkoholu. Tak samo jest z terminem alkoholik, który potocznie opisuje człowieka wiecznie pijanego, obdartego, brudnego, bezdomnego itd.. Potoczne używanie tych słów przez wiele lat sprawiło, że każdego bezdomnego uważa się za alkoholika, a już uzależnionego od alkoholu lekarza czy prawnika – nie. Powstało z tego powodu wiele mitów i stygmatyzacji.

Ale wracając do tematu. Alkoholizm zaczęto uznawać za chorobę od 1951 roku, kiedy to Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), uznała alkoholizm za problem medyczny.[1] Stało się tak za sprawą amerykańskiego biologa i fizjologa Elvina Mortona Jellinka, który w 1942 opublikował swoje badania w tej materii. Badania te okazały się na tyle naukowo wiarygodne, że w 1956 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne oficjalnie uznało alkoholizm za chorobę.[2] Tymczasem w koncepcji alkoholizmu E.M. Jellinka pojawiły się stadia uzależnienia od alkoholu, które ukazywały chorobę alkoholową, jako pewien postępujący proces. Sugerowało to, że osoba nadużywająca alkoholu, w którymś momencie (do dziś nie wiadomo w którym), traci kontrolę nad swoim piciem. Powstał nawet fajny plakat edukacyjny opracowany przez panów Pawła Kołakowskiego i Jerzego Drabika, który niewątpliwie już wartości historycznej, ale w różnych wersjach nadal służy na polskich odwykach w celach edukacyjnych.

Dlaczego o tym piszę? Sam ciągle w terapii posługuję się tym plakatem, jednak z tymi zastrzeżeniami o których tu piszę, dlatego, że złe jego interpretowanie, czyli takie oparte na założeniach Jellinka i nie uwzględniające nowych badań (patrz bibliografia na moje stronie internetowej), daje pacjentom taką złudną nadzieję, że da się jednak w jego przypadku znaleźć taką granicę, w której dopiero stanie się alkoholikiem. Problem w tym, że nie da się ogólnie określić, w którym momencie osoba nadużywająca alkoholu nagle staje się alkoholikiem. To sprawa indywidualna i bardzo subiektywna, niemożliwa do dokładnego ustalenia nawet przez osobę obficie korzystającą z alkoholu, a już na pewno nie przez osoby trzecie. To jednak nie przekonuje osób, które czują, że już utraciły ową kontrolę, ale nie są do końca o tym przekonani.

Zobaczmy więc, co się dzieje w głowie osoby nadużywającej alkoholu. Otóż, osoba taka, w którymś momencie zaczyna doświadczać konsekwencji swojego picia. Zaczyna zawalać różne swoje obowiązki, rodzina i bliscy zaczynają zwracać mu uwagę, że za dużo pije, sam często się upija i nie pamięta przy tym o szczegółach swego pijaństwa, bo urywa mu się tzw. film, często po pijanemu rozrabia i można by tak bez końca wymieniać poszczególne aspekty jego pijaństwa. Wtedy to taka osoba zaczyna właśnie kontrolować swoje picie. Wcześniej też to robiła, jednak nieświadomie i dopiero po różnych wydarzeniach życiowych zaczęła sobie to uświadamiać, że kontroluje. Zaczyna więc ustalać sobie ilości wypijanego alkoholu, jakość spożywanego alkoholu (np. zmienia wódkę na piwo, przestaje pić napoje niewiadomego pochodzenia, palacze często przechodzą na tzw. lajty, osoby objadające się zmieniają dietę na zdrową, cokolwiek to znaczy, itd.), sam ustala sobie okresy abstynencji, obiecuje bliskim poprawę itd., itd.. I teraz, kiedy zaczyna wprowadzać te zmiany w swoim życiu raz udaje mu się utrzymać w ryzach swoje postanowienia a raz nie. W momencie kiedy udaje mu się dotrzymać swoich ustaleń dochodzi do przekonania, że kontroluje swoje picie, a tym samym nie jest jeszcze alkoholikiem. Dumnie oznajmia to całemu światu na różne sposoby i dalej kontrolowanie pije. W momencie zaś, kiedy nie dotrzymał swoich ustaleń zracjonalizuje to, tzn. tak to sobie usprawiedliwi i wytłumaczy, że będzie z tego wynikało, że był to wypadek przy pracy, który nie zmienia faktu, że dalej kontroluje swoje picie. Po iluś latach picia – niekiedy wielu dekadach – dochodzi jednak do wniosku, że nie za bardzo kontroluje to swoje picie i wtedy nieraz jest już za późno, albo taka osoba albo zapija się na śmierć, albo idzie na terapię, wtedy już jednak nie ma mowy o piciu kontrolowanym.

Znawcy tematu tj. osoby po terapii (bądź terapiach) i terapeuci od razu zauważą, że opisałem tu w bardzo prosty sposób coś, co w rzeczywistości jest bardzo skomplikowane, a mianowicie tzw. mechanizmy choroby alkoholowej.[3] Oficjalnie praca prof. Jerzego Mellibrudy wymieniona w przypisie ukazała się w 2006 roku, jednak guru polskiej psychoterapii (jak nazywali profesora słuchacze Studium Psychoterapii Uzależnień) pisał o tych mechanizmach już w latach 90. ubiegłego wieku. Jednak już wcześniej zjawisko obsesji kontrolowania swojego picia przez osoby uzależnione i te nadużywające alkoholu[4], stały się obiektem badań innych naukowców na całym świecie.

Już sama praca Jellinka na początku została zrewidowana i skrytykowana.[5] Jeżeli jednak chodzi o kontrolę picia przez osoby nadużywające alkoholu, to już w latach 70. ubiegłego wieku zaczęły pojawiać się pierwsze publikacje opisujące przypadki osób uzależnionych, które zmieniły wzorzec picia na umiarkowany.[6] Zaczęto się zastanawiać czy dożywotnia abstynencja jest rzeczywiście jedynym celem terapii. Dożywotnia abstynencja czy też trzeźwienie[7], owszem jest racjonalnym celem każdego leczenia w przypadku osób głęboko uzależnionych od alkoholu. Nie jest tak jednak w przypadku pewnych grup osób, których zaburzenia wynikające z nadużywania alkoholu nie są jeszcze zbyt głębokie, a cechy osobowości i wsparcie społeczne predysponuje te osoby do zapanowania nad swoim piciem.

I tu pojawia się kolejny problem, tym razem problem diagnozy uzależnienia od alkoholu. Z moich doświadczeń, jak i znanych mi psychoterapeutów wiem, że bardzo dużo osób zostaje źle zdiagnozowanych. A dlaczego tak się dzieje? Ano właśnie, sekret tkwi w złożoności zjawiska uzależniania się, w mechanizmach tego zaburzenia i postrzeganiu człowieka w jego subiektywnej rzeczywistości, która nawet dla Niego nie do końca jest zrozumiała, a co do dopiero dla kogoś z zewnątrz. W europejskiej klasyfikacji chorób i zaburzeń ICD-10, nie ma czegoś takiego jak stopniowanie uzależnienia. Albo się kogoś diagnozuje, że jest osobą uzależnioną (F10.2), albo osobą nadużywającą alkoholu (F10.1), tj. niespełniającą przynajmniej trzech, z pośród sześciu objawów uzależnienia (patrz wpis: Rozmowy o trzeźwym i nietrzeźwym życiu, przypadek Puchatka). Amerykanie – jak zwykle – poszli już dalej i w swojej nowej już klasyfikacji chorób DSM-5, nie dość, że uzależnienie przestali nazywać chorobą, a zaburzeniem, to jeszcze postopniowali je sobie na łagodne, umiarkowane i ciężkie.[8] To jednak nie zmienia faktu, że diagnoza, czy jest już ktoś alkoholikiem czy jeszcze nie, nadal jest bardzo trudna, szczególnie w przypadku osób bardzo młodych i tych, którzy są gdzieś na granicy uzależnienia.

Nie znaczy to jednak, że właściwa diagnoza jest niemożliwa do uzyskania, bynajmniej. Chcę jednak powiedzieć, że rozpoznanie uzależnienia zależy od bardzo wielu czynników, które w różnych momentach życia wpływają na intensywność i wzorzec picia takiej osoby. Uważam, że w niektórych przypadkach, raz postawiona diagnoza nie koniecznie jest aktualna przez całe życie.[9] Ludzkie zachowania pod wpływem różnych doświadczeń potrafią się diametralnie zmieniać. I nie jest powiedziane, że przykładowy student, który w wieku 23 lat spełnia kryteria uzależnienia, będzie za kilka lat nadal te kryteria spełniał, kiedy założy rodzinę, znajdzie pracę, dojrzeje emocjonalnie i zmienią się jego priorytety życiowe. Podobnie ma się sytuacja, kiedy dany człowiek wpada w jakiś trudny dla niego okres życia i alkohol „pomaga” mu w tym czasie radzić sobie z problemami. I może się zdarzyć tak, że w tym okresie człowiek ten zostanie zdiagnozowany jako alkoholik, co również nie znaczy, że za kilka lub kilkanaście lat, kiedy pod wpływem innych wydarzeń, terapii, wejścia w jakąś wspólnotę ludzi, weryfikacji systemu wartości i celów życiowych oraz całego szeregu doświadczeń zmieni całe swoje życie. Praktyka psychoterapeutyczna i życie zdaje się to potwierdzać. Znam wielu ludzi, którzy kiedyś bardzo dużo pili, a dziś niekoniecznie. Poznałem też wiele osób, których nigdy bym nie posądzał o uzależnienie, a takim okazali się.

Jak więc dowiedzieć się, czy jestem uzależniony czy nie. Otóż trzeba to sprawdzić – za przeproszeniem – na własnej dupie. Prawie wszyscy nadużywający alkoholu, jak i uzależnieni tak czy inaczej próbowali i niektórzy nadal próbują różnymi sposobami zapanować nad swoim piciem. Większość z nich jednak stwierdza, że łatwiej jest utrzymywać abstynencję i trzeźwieć niż „kontrolować” picie i żyć w beznadziei.

Z moich ponad 27. letnich kontaktów z trzeźwiejącymi alkoholikami i kilkunastoletniej pracy terapeutycznej z takimi osobami wynika, że tzw. picie kontrolowane zdarza się bardzo rzadko, by nie powiedzieć, że prawie nigdy. Chociaż uważam, że w każdej sytuacji warto spróbować ograniczyć swoje picie czy też nawet jak to się nie uda, maksymalnie zredukować szkody wynikające z nadużywania alkoholu. Pewnych ludzi nie przekonają żadne argumenty, sami muszą wielokrotnie doświadczyć, czy picie kontrolowane jest w ich przypadku możliwe. Czemu więc nie zdiagnozować się i spróbować zrobić tego w sposób sprawdzony już w krajach zachodnich, gdzie programy ograniczania picia czy też programy redukcji szkód funkcjonują od dawna. Znam osoby, które wiedzą dziś, że są uzależnione od alkoholu, ale uważają, że w pewien sposób kontrolują swoje picie. Otóż, nie piją te osoby kilka miesięcy wcale, potem „płyną” przez miesiąc i więcej (przeważnie do wyczerpania organizmu), poczym po mękach odstawiania alkoholu, znowu nie piją kilka miesięcy. Oczywiście nie ma mowy tu o trzeźwieniu w pełnym tego słowa znaczeniu, ale po prostu oni i osoby im bliskie zaakceptowali taki sposób życia. No cóż, mają do te prawo.

I tu chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną trudną sprawę. Otóż krytykę takich ludzi, którzy żyją niezgodnie ze standardami trzeźwienia tych, którzy wszystko wiedzą jak najlepiej i którzy sami chcą uchodzić za wzory trzeźwości. Tu niestety mam żal do wielu tzw. anonimowych alkoholików (proszę nie mylić z tymi, o których piszę dużymi literami, a więc tych Anonimowych Alkoholików, którzy wiedzą, co to pokora w trzeźwieniu, szacunek do tych, którzy też mają swoją opowieść i wiedzą, że nie wszyscy potrafią tak, jak oni), którzy obrzucają błotem, tych którzy chcą na swój sposób kontrolować swoje picie, cokolwiek to dla nich oznacza. Spotkałem się też z krytyką terapeutów, którzy spełniając wszystkie kryteria pracy z osobami, które chcą spróbować kontrolowanie pić, są posądzani o to, że chcą zbijać majątek na tych biednych nieszczęśliwcach, którzy chcą kontrolować swoje picie. Tu do wiadomości tych jedynie słusznie wiedzących: skończyły się czasy, że to terapeuta czy sponsor układa życie pacjentowi, teraz to pacjent, a właściwie klient chce i powinien decydować o swoim życiu, terapeuta tylko towarzyszy i służy swoją empatią, wiedzą i doświadczeniem.

Podsumowując, życie wokół nas bardzo szybko się zmienia. Podobnie dzieje się w terapii uzależnień. Zmieniły się pewne standardy i jakiekolwiek by one nie były, musimy zaakceptować fakt, że każdy człowiek jest wolny i jak chce, to może zapić się na śmierć, mimo, że wielu ludzi usiłowało mu pomóc.

 


[1] Zob.: J. Kinney, G. Leaton, Zrozumieć alkohol, Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, Warszawa 1996, rozdział 3; B. T. Woronowicz, Uzależnienia. Geneza, terapia, powrót do zdrowia, Wydawnictwo Edukacyjne PARPAMEDIA, Warszawa 2009, rozdział 10.

[2] J. Mellibruda, Z. Sobolewska-Mellibruda, Integracyjna psychoterapia uzależnień. Teoria i praktyka, Instytut Psychologii Zdrowia PTP, Warszawa 2006, s. 30.

[3] J. Mellibruda, Z. Sobolewska-Mellibruda, Integracyjna psychoterapia…, op. cit.: s. 68-143.

[4] Specjalnie rzadko używam tu słowa „uzależniony”, a raczej „osoba nadużywająca alkoholu” bowiem i jednych i u drugich pojawia się zachowanie kontrolowania swojego picia, jednak u tych pierwszych staje się to obsesją, a to znowu inny problem, trudny do rozeznania, kiedy pewne zachowanie staje się obsesją.

[5] J. Kinney, G. Leaton, Zrozumieć alkohol…, op. cit.: s. 68-69.

[6] Więcej informacji m.in. w: A. Bakuła, Po co nam Programy Ograniczania Picia, „Terapia Uzależnienia i Współuzależnienia”  2016, nr 5/2016, s. 9-12; J. Klingemann, Picie kontrolowane a strategie redukcji szkód w odniesieniu do alkoholu, „Terapia Uzależnienia i Współuzależnienia” 2013, nr 3/2013, s. 5-8; A. Jakubczyk, M. Wojnar, Całkowita abstynencja czy redukcja szkód – różne strategie terapii uzależnienia od alkoholu w świetle badań i międzynarodowych zaleceń, „Psychiatria Polska” 2012, tom XLVI, nr 3, s. 373–386; „Alkoholizm i Narkomania”, Warszawa 2009, Tom 22, Numer specjalny, s 105-167.

[7] Anonimowi Alkoholicy i osoby wychodzące z uzależnienia rozróżniają abstynencję od trzeźwienia, traktując abstynencję jako tylko samo odstawienie alkoholu, zaś trzeźwienie jako nową filozofię życia, której założeniem jest aktywny i zdrowy we wszystkich obszarach rozwój osobowości. Piszę też o tym na wpisie: Rozmowy o trzeźwym i nietrzeźwym życiu.

[8] A. Jakubczyk, Uzależnienie i nadużywanie alkoholu a zaburzenie związane z używaniem alkoholu – czym różnią się od siebie kryteria diagnostyczne DSM-IV i DSM-5?, „Terapia Uzależnienia i Współuzależnienia” 2016, nr 3/2016, s. 14-17.

[9] J. Fudała, Poza paradygmatem abstynencji – ograniczanie picia alkoholu jako cel terapii, Wydawnictwo Edukacyjne Remedium, Warszawa 2017.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.